Szok po ataku

(kak, wp, vig, js, ml)
Również z Internetu czerpano wiadomości o zamachu na Amerykę.
ZDJĘCIE: TOMASZ ZABOROWICZ
Również z Internetu czerpano wiadomości o zamachu na Amerykę. ZDJĘCIE: TOMASZ ZABOROWICZ
Po wtorkowym ataku terrorystycznym na Amerykę mieszkańcy naszego regionu, podobnie jak społeczność międzynarodowa, są w szoku. Dominuje uczucie niedowierzania, przerażenia i obawy zarówno o przyszłość własną jak i, a ...

Po wtorkowym ataku terrorystycznym na Amerykę mieszkańcy naszego regionu, podobnie jak społeczność międzynarodowa, są w szoku. Dominuje uczucie niedowierzania, przerażenia i obawy zarówno o przyszłość własną jak i, a może przede wszystkim, o bliskich, znajomych i przyjaciół, którzy w tym tragicznym dniu, 11 września, przebywali za oceanem.

Bezprecedensowy atak bezimiennych na razie zbrodniarzy skierowany przeciwko niewinnym ludziom pozostaje głównym, bodaj jedynym tematem rozmów zarówno dorosłych, jak i najmłodszych. Już rano w drodze do szkoły uczniowie głośno komentowali doniesienia z Ameryki. Dorośli non stop w urzędach, biurach, przedsiębiorstwach słuchają napływających z USA wiadomości, śledzą relacje telewizyjne. Usiłują też zdobyć informacje o tych bliskich, którzy przebywają w Stanach Zjednoczonych, bo tam pracują lub wypoczywają. Oto relacja naszych reporterów z rozmów z mieszkańcami regionu.

Arabowie są niewinni

Jihad Rezek, wójt gminy Boronów, wyemigrował z Syrii w wieku 18 lat. Jego kraj znalazł się w gronie państw wymienionych jako potencjalni promotorzy terrorystów.

- To absolutnie niemożliwe, aby Arabowie wzięli udział w czymś takim. Syria w ogóle nie popiera takich działań. O tych tragicznych wydarzeniach dowiedziałem się z telewizji. Przez satelitę oglądałem relacje wszystkich światowych mediów, w tym także arabskich telewizji i radia. Wszystkie państwa potępiły ten akt terroru. Nawet Muammar Kadafi zaoferował pomoc swojego kraju. Wszyscy, bez względu na światopogląd, współczujemy Amerykanom. Należy stanowczo potępić każdy atak na cywilów. Moim zdaniem sprawcy poszukiwani są w niewłaściwym miejscu, należy określić, kto miał w tym swój interes.

Zły początek wieku

Wiadomości ze Stanów poruszyły Edwarda Maniurę, posła, który przez kilka lat mieszkał w USA.

- Mam dwóch kolegów, którzy mieszkają na Manhattanie. Rozmawiałem z każdym z nich przez kilka minut - po tonie ich głosów mogłem stwierdzić, że to jeszcze nie całkiem do nich dotarło. To dla nich straszliwy szok, niewyobrażalna tragedia. Jeden z nich widział wszystko na własne oczy. Oni teraz oczekują radykalnych działań od swojego rządu.

Jestem wstrząśniety tym, co stało się we wtorek. To źle, że w XXI wiek wkraczamy właśnie w ten sposób.

Brat tylko płacze

- W moim domu nikt nie spał minionej nocy. Na zmianę wybieraliśmy numer do mojego brata, który mieszka w Brooklynie w odległości pięciu kilometrów od World Trade Center - mówi Zenona Nabiałek ze Zrębic w gminie Olsztyn. - Wreszcie dodzwoniłam się do Stasia o trzeciej w nocy. Usłyszałam głos jego syna Łukasza, a w chwilę później szloch mojego brata. Trudno było z nim rozmawiać. Płakał przez cały czas. Powtarzał, że to co się stało to horror i tragedia nie do opisania. Ja natomiast byłam szczęśliwa, że żyją.

Stanisław Jabłoński wyjechał do Stanów w 1991 roku wraz z rodziną. On pracuje w drukarni. We wtorek, jak każdego dnia, wyszedł do pracy. Wkrótce miastem wstrząsnął wybuch.

- Boss zwolnił z pracy wszystkich, których najbliżsi pracowali na Manhattanie. Z rodziny brata w tym akurat dniu nikt tam nie pracował, ale dziewiętnastoletni syn uczył się w szkole przy tej samej ulicy, gdzie stał World Trade Center - mówi Z. Nabiałek.

Łukasz usłyszał w klasie ryk syren alarmowych i krzyki. Podobnie, jak inni wiedziony ciekawością wjechał windą na 33. piętro wieżowca, w którym się znajdował. Nowojorczycy nie przypuszczali, że pożar centrum światowego handlu, jest efektem zamachu. Chcieli zobaczyć co się stało, a z platform widokowych na najwyższych budynkach można zobaczyć całe miasto.

- Łukaszowi udało się wydostać z Manhattanu. Wziął taksówkę i dotarł do domu. Po Grażynę moją bratową brat pojechał do pracy. W środę miała pracować na Manhattanie... - opowiada Z. Nabiałek.

Wiedziałam, że żyje

Ewa Mordarska z przerażeniem we wtorek obserwowała Nowy Jork. Mieszka w Brooklinie. Do Stanów wyjechała w ub. roku dzięki organizacji studenckiej. W sierpniu miała wrócić do Częstochowy, rodzinnego miasta, ale ostatecznie zdecydowała się na studia w Ameryce.

- Bardzo się bałam o córkę. Zadzwoniła do mnie. Usłyszałam jej głos i połączenie zostało przerwane. Od tego momentu byłam już o nią spokojna. Wiedziałam, że żyje - mówi Irena Mordarska z Częstochowy.

W trakcie późniejszej rozmowy dowiedziała się, że córka nie wychodziła w tym dniu w ogóle z domu. Widziała dym przez okno, oglądała telewizję. Narzeczony Ewy Artur wracał feralnego poranka własnym samochodem z górnego Manhattanu. Widział, jak samolot uderza w World Trade Center.

- Córka mówiła, że zginęło wielu strażaków i policjantów. Po tej katastrofie zamierza się wyprowadzić na jakiś czas z Nowego Jorku. Najprawdopodobniej wyjedzie do znajomych. Jej zdaniem tak uczyni wielu mieszkańców tej metropolii - mówi Irena Mordarska.

Zawiodła technika i ludzie

Ciężkie chwile przeżywali we wtorek i inni mieszkańcy Częstochowy, których najbliżsi być może nie znaleźli się w pobliżu miejsc zaatakowanych, ale są w Stanach. Wujek Justyny Królak Mirosław Olejniczak mieszka w pobliżu Chicago. Telefony były głuche. W środę rano odebrała upragnioną wiadomość przesłaną pocztą elektroniczną.
"Jakoś się tu żyje i każdy stara się myśleć o wszystkim innym, tylko nie o tym, co się stało wczoraj. Chicago powraca do normy. To co się wczoraj stało było straszne. To, co może się stać jutro, może być jeszcze bardziej przerażające."

To nie był film

Aleksandra Mielniczuk, nauczycielka matematyki w Gimnazjum nr 5 w Myszkowie spędziła tegoroczne wakacje w USA. Pojechała na zaproszenie córki Patrycji i zięcia Tomasza Awdankiewicza, który jest sekretarzem Ambasady Polskiej w USA. Była m.in. w Nowym Jorku. Zwiedziła World Trade Center. - Oglądam zdjęcia tych wieżowców, które wtedy zrobiłam i nie mogę uwierzyć, że ich już nie ma. Wydarzyła się straszna tragedia. Amerykanie są bardzo serdecznymi ludźmi, bardzo im współczuję.

Pani Aleksandra kiedy tylko dowiedziała się o ataku terrorystycznym na Nowy Jork i Waszyngton natychmiast zadzwoniła do córki, która mieszka na przedmieściu Waszyngtonu w Aleksandrii. Codziennie z mężem przejeżdżają przez Arlington gdzie jest Pentagon. Trasa wiedzie tuż przy skrzydle budynku, w które uderzył samolot.

- Córka opowiedziała mi co się działo - mówi A. Mielniczuk. - Zięć rano zadzwonił do niej z ambasady. Był wyraźnie zaniepokojony, mówił, że coś niedobrego się dzieje, ale nie potrafił powiedzieć o co konkretnie chodzi. Patrysia nie potraktowała tych ostrzeżeń poważnie, myśląc, że mąż żartuje. Kwadrans przed dziewiątą dom dosłownie zatrząsł się w posadach. To był efekt uderzenia samolotu w Pentagon. Córka natychmiast włączyła telewizor. Na wszystkich kanałach podawano informacje o ataku terrorystycznym na Stany Zjednoczone. Córka pobiegła do szkoły po wnuczkę Polinkę.

Przed budynkiem już był tłum. Rodzice przyjeżdżali po dzieci. Na parkingach przed domami w Aleksandrii w zwykły dzień tygodnia do dziewiętnastej jest pusto. Wszyscy są w pracy. We wtorek już w południe było pełno samochodów. Ludzie wychodzili z pracy, aby być razem z bliskimi.

Zastępca dyrektora Zakładu Odlewniczego Mistal w Myszkowie Tadeusz Marek do wczorajszego późnego popołudnia nie mógł się skontaktować z synem przebywającym w Las Vegas. - Oczywiście Las Vegas jest daleko do Nowego Jorku i Waszyngtonu, miejsca tragedii. - mówi Tadeusz Marek. - Ale chciałem wiedzieć, czy wszystko jest w porządku. Próbowaliśmy z żoną połączyć się z nim telefonicznie i Internetem. Niestety, bez skutku. Syn jest w USA razem z córką szwagierki. Ona miała właśnie dziś (w środę) wracać do kraju, ale loty są wstrzymane. Nie wiemy, kiedy możemy się jej spodziewać w kraju.

Widok z wyspy

Pani Anna Jagusiak, rodowita częstochowianka kilkakrotnie odwiedzała w Nowym Jorku swojego brata.

- Kiedy dowiedziałam się o katastrofie, zaraz próbowałam dodzwonić się do Adama, który mieszka na Manhattanie. Brat pracuje na sąsiedniej wyspie, ale w ciągu dnia często bywał w World Trade Center. Jest dziennikarzem i chętnie umawiał się tam na spotkania z rozmówcami czy znajomymi. Dlatego ogromnie się bałam, czy nie było go wówczas w miejscu katastrofy.

Kiedy po 3 godzinach prób połączyłam się i usłyszałam Adama, rozpłakałam się ze wzruszenia i strachu. On sam był przerażony, ale mnie uspokajał.

W momencie ataku brat jechał kolejką z Manhattanu na Queens, do swojej redakcji. Metro było akurat w tunelu pod dnem oceanu. Kolejka nie stanęła i wyjechała na Queensie. Z wyspy mógł obserwować wypadki. Przeżył to bardzo. Wiem, że po pracy zamierzał przejść na Manhattan którymś z mostów i "przedrzeć się" piechotą do domu. Ten rejon nie został zamknięty. Nie wiem jednak, jak i kiedy dotarł do domu.

Dla kogoś, kto był w tym centrum, nie do uwierzenia jest, że taki kolos mógł runąć. Cały czas w rozmowach ze znajomymi mówię o nim jak o czymś istniejącym nadal. Najgorsze jest to, że zginęli tam wspaniali ludzie. Pracował tam kwiat inteligencji Nowego Jorku, najbardziej obiecujący młodzi Amerykanie.

Bogusław Artman mieszka w New Jersey niedaleko Manhattanu, gdzie doszło do tragedii. Niedawno przyjechał do Częstochowy. W USA zostali jego brat i ojciec.

- Oglądałem w telewizji jak wieże World Trade Center legły w gruzach - mówi. - Patrzyłem na to jak na film science fiction. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak się stało. To była tak kolosalna struktura, a runęła jak kruche ciastko.

O zamachu terrorystycznym dowiedział się od brata, który po pierwszych informacjach telewizji amerykańskiej natychmiast zadzwonił do rodziny w Polsce.

- Chciałbym być już w USA - przy ojcu i bracie - mówi Bogusław Artman. - Na szczęście są cali i zdrowi. Nic im się nie stało. W USA często pracowałem w wolontariacie. Gdybym był tam teraz, na pewno pomagałbym w usuwaniu skutków tragedii.

Zbawienne spóźnienie

Olos swojej rodziny mieszkającej w Nowym Jorku martwił się Mateusz Wiliński, pracownik Akademii Polonijnej w Częstochowie.

- Ciotka pracuje w banku szwajcarskim, który ma swoją siedzibę tuż przy World Trade Center. We wtorek spóźniła się na kolejkę miejską, którą dojeżdża do pracy - opowiada Mateusz Wiliński. - Znalazła się na stacji tuż przed drugą eksplozją. Ludzi ogarnął szaleńczy pęd. Wszyscy próbowali uciec stamtąd w bardziej bezpieczne miejsce. Zdołała zadzwonić do siostry, że nic jej się nie stało, gdy łączność się urwała. Nie mogła już skontaktować się z mężem. W centrum handlowym przeczekała najgorszy moment. Później wróciła do domu. Spóźniła się do pracy chyba po raz pierwszy w życiu, ale to spóźnienie okazało się zbawienne.

- Myślałam, że nie przeżyję tej nocy - płacze Urszula Nowakowska z Częstochowy. - Natychmiast po informacjach o zamachu zadzowniłam do córki, która mieszka w Nowym Jorku. Telefon milczał jak zaklęty. Córka zadzwoniła o trzeciej w nocy. Pracowała na Manhattanie. Na szczęście ocalała ona i jej rodzina. Po ataku terrorystów stanęły wszystkie środki transportu. Do domu wracała na piechotę przez trzy godziny. Nie widziała wiele - tylko kłęby dymu i chmury kurzu ze zburzonych gmachów.

- Dziękuję Bogu, że wróciłam z USA do Polski - mówi częstochowianka Jolanta Kubicka. - Mieszkaliśmy na Long Island. Syn prawie codziennie był na Manhattanie. Tam studiują jego koledzy. Patrzyliśmy z niedowierzaniem na to, co się stało. Cieszę się, że jesteśmy tutaj. Martwimy się o przyjaciół, którzy tam zostali. Z niektórymi wciąż nie udaje nam się skontaktować.

Amerykańska firma TRW, która ma w Częstochowie dwa zakłady produkujące poduszki powietrzne i pasy samochodowe, po zamachu terrorystycznym w USA wzmocniła ochronę swojej siedziby.

- Odwołano wszelkie spotkania i narady międzynarodowe pracowników naszej firmy. Od szefów koncernu otrzymaliśmy zakaz podróżowania - informuje Artur Wosiński, dyrektor TRW w Częstochowie. Jak mówi, podczas pobytu w USA był pod ogromnym wrażeniem World Trade Center. - To wspaniałe dzieło ludzkości. Niestety nic z niego nie zostało.

Mark Baskiewicz, profesor języka angielskiego Kaplan American Academy urodził się w New Jersey, a w Nowym Jorku mieszkał przez 18 lat. Kiedy powiedziano mu o ataku na World Trade Center po prostu nie uwierzył.

- Najpierw myślałem, że to jakiś żart. Potem uznałem, że zdarzył się tragiczny wypadek i jakiś mały samolot uderzył w Twin Towers. Postanowiłem, że obejrzę to w telewizji po powrocie do domu i dalej prowadziłem zajęcia. Po 2 godzinach przyszli nowi studenci, którzy znowu mówili o tragedii. Wtedy włączyłem telewizor i zobaczyłem całą prawdę.

Wieczorem Mark zaczął wydzwaniać. Niestety bezskutecznie. Linie z Polski były tak przeciążone, że nie udawało mu się połączyć nawet z domem rodziców na Florydzie.

- Martwiłem się przede wszystkim o brata i siostrę, którzy mieszkają w Nowym Jorku choć aż o 150 kilometrów od WTC. Wysłałem siostrze e-mail. Jestem prawie pewien, że u nich wszystko w porządku, ale nie mam od nich żadnej wiadomości.

Rzadko chodzę do kościoła, ale we wtorek poszedłem i modliłem się za wszystkich, którzy zginęli i za tych, którzy stracili swoich bliskich i znajomych. Całą noc nie spałem i przeglądałem serwisy stacji telewizyjnych.

Mark uważa, że WTC powinien zostać odbudowany w takim samym kształcie, ale w innym miejscu. Tamto chciałby zachować jako ruinę-pomnik ofiar.

- Czuję litość dla sprawców ataku na Nowy Jork. Myślę, że nie do końca przewidzieli konsekwencje swoich czynów - mówi Mark.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie