Wybuch w Zakładach Chemicznych

GRAŻYNA FOLARON
Kazimiera Jędrasiak, matka tragicznie zmarłej laborantki, nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Na każde wspomnienie córki wybuchała płaczem. Foto: JAKUB MORKOWSKI
Kazimiera Jędrasiak, matka tragicznie zmarłej laborantki, nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Na każde wspomnienie córki wybuchała płaczem. Foto: JAKUB MORKOWSKI
Wczoraj w Zakładach Chemicznych SA wstrzymano produkcję. Przez zamknięte bramy widać było tylko ochroniarzy broniących dostępu do zakładu. Nawet prezes firmy i policyjni technicy nie mogli wejść do zaplombowanego w nocy ...

Wczoraj w Zakładach Chemicznych SA wstrzymano produkcję. Przez zamknięte bramy widać było tylko ochroniarzy broniących dostępu do zakładu. Nawet prezes firmy i policyjni technicy nie mogli wejść do zaplombowanego w nocy laboratorium. Musieli czekać, aż powołany przez prokuraturę ekspert zakończy oględziny pomieszczenia, w którym we wtorek wieczorem (około godz. 21.15) doszło do wybuchu urządzenia służącego do ciśnieniowego badania próbek szkliwa. Wybuchu, który zabił 49-letnią pracownicę laboratorium i zranił (na szczęście niegroźnie) dwie inne osoby. Dopiero po południu ekspert podał wstępną przyczynę wypadku.

- Z wstępnych ustaleń, które jeszcze będą wymagały weryfikacji, wynika, że zanieczyszczony, a w konsekwencji tego niedrożny był otwór służący do odprowadzania par oleju - informuje rzecznik częstochowskiej prokuratury Romuald Basiński. - Otwór ten pełnił równocześnie funkcję zaworu bezpieczeństwa. Jego niedrożność spowodowała wzrost ciśnienia, a następnie rozerwanie urządzenia. W tej chwili nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy prokuratura przedstawi komuś z pracowników zakładu zarzuty. Co prawda kodeks karny mówi, że osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo pracy, która wywołała zagrożenie dla życia lub zdrowia pracowników podlega karze, ale najpierw musimy wyjaśnić, jak maszyna była eksploatowana, jak konserwowana, jak wyglądał nadzór nad nią i kto za niego odpowiadał.

Dopiero formalna, pisemna opinia eksperta pozwoli ustalić, czy w tym przypadku doszło do zawinionego działania, bądź zaniechania obowiązków przez któregoś z pracowników.
W wypadku zginęła Teresa Kubicka, mieszkanka pobliskiego Kościelca. W Zakładach Chemicznych pracowała od ponad 25 lat. Za rok planowała przejść na emeryturę. W chwili wybuchu kończyła pracę. Za 45 minut powinna wyjść do domu, w którym mieszkała z dwoma dorosłymi synami. Piętro domu zajmowała córka z mężem i dwojgiem małych dzieci.

- Teściowa z drugiej zmiany zwykle wracała o 22.20-22.30 - opowiada Jan Zawlik. - Gdy wczoraj długo jej nie było, jej syn Adam zaczął się niepokoić. O północy do drzwi zapukali policjanci. Upewnili się, że trafili pod właściwy adres i powiedzieli, że jest im przykro, ale był wypadek i teściowa nie żyje. Jej ciało przewieziono do szpitala na Parkitce.
Przed niewielkim domkiem przy ul. Wolności w Kościelcu, w którym mieszkała Teresa Kubicka, zebrała się grupka ludzi. Syn Adam, zięć z dziećmi, zapłakana matka zmarłej, ciotka i sąsiedzi. Wszyscy z żalem wspominali Teresę.
- Samo życie w niej było - mówi mieszkająca po sąsiedzku Marianna Palacz. - Niby taka nieduża, a tyle miała w sobie energii, taka była pracowita... To właśnie ona była filarem tego domu, ona o wszystko dbała... Proszę popatrzeć, tylko pokój i maleńka kuchenka, a jak wszędzie czysto, jak ładnie urządzone... Tak czekała na komunię wnuczka, tak się na nią cieszyła. Kupiła mu już nawet prezent: komplet wypoczynkowy i biurko. Niestety, nie doczekała...

Na długo przed ujawnieniem opinii eksperta dotyczącej przyczyny wybuchu mieszkańcy Kościelca wiedzieli swoje - winien tragedii jest zakład.
- Maszyny są brudne, przestarzałe i przerdzewiałe - twierdzi Adam Kubicki. - Nikt ich nie konserwuje i dlatego mama zginęła. To już drugi wypadek w ostatnim czasie. Dwa tygodnie temu pękł zawór i kwas siarkowy oblał jednego z pracowników. Do tej pory leży w szpitalu w Siemianowicach.
W szpitalu w Częstochowie leżą natomiast 46-letnia kobieta i 47-letni mężczyzna poparzeni podczas wtorkowego wybuchu. Przybici tym, co się stało, nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.

- Przebywają na oddziale chirurgii ogólnej i ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo - informuje, Izabela Walarowska, rzeczniczka szpitala na Tysiącleciu. - Doznali niegroźnych oparzeń I i II stopnia twarzy, pleców i rąk. Lekarze są przekonani, że ze szpitala wyjdą bez blizn.
Wczoraj prezes Zakładów Chemicznych w Rudnikach Stanisław Olejniczak nie chciał wypowiadać się na temat wypadku. Nawet po przedstawieniu opinii rzeczoznawcy odmówił jakiegokolwiek komentarza.

- Teraz są to tylko domysły i podejrzenia, bo opinia jest dopiero wtedy, gdy zostanie napisana i przekazana temu, kto ją zlecił - powiedział tylko. - Ja nic nie wiem, bo nikt mi niczego nie przekazał. Poza tym nikt mnie nie upoważnił do udzielania informacji.

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie